Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o
vavada bonus. Siedziałem wtedy w swoim małym mieszkaniu na obrzeżach Milanówka, deszcz bębnił o parapet, a ja gapiłem się w sufit, bo nie miałem siły wstać z łóżka. Nie chodziło o jakieś wielkie tragedie. Ot, życie. Praca, której nienawidziłem, rachunki, które rosły szybciej niż pensja, i cisza w telefonie, która bolała bardziej niż krzyki. Wszyscy gdzieś pojechali, poukładali sobie wszystko, a ja zostałam z uczuciem, że stoję w miejscu. Wtedy ktoś rzucił mimochodem, że w sieci jest miejsce, gdzie można na chwilę zapomnieć. I jakoś tak wyszło, że trafiłem na vavada bonus. Nie planowałem niczego. Po prostu kliknąłem.
Pierwszy wieczór był dziwny. Wpłaciłem niewiele, tak na próbę, i patrzyłem, jak kolorowe symbole wirują na ekranie. Nie czułem ekscytacji, raczej coś w rodzaju ulgi, że przez chwilę nie myślę o tym, co mnie czeka jutro. Przegrałem. Drugi wieczór też przegrałem. Trzeci podobnie. Zacząłem się z tego śmiać, trochę gorzko, bo pomyślałem, że nawet w ucieczce ode mnie samego jestem do niczego. Ale nie przestałem. Nie dlatego, że liczyłem na fortunę. Raczej dlatego, że ten rytuał — kubek herbaty, słuchawki, ciche klikanie — stał się czymś w rodzaju koła ratunkowego. Nie musiałem wtedy myśleć o tym, że nie mam komu powiedzieć, jak minął mi dzień.
Pewnego piątku, kiedy w pracy znów ktoś mnie zdeptał, wróciłem do domu wściekły. Nie chciałem rozmawiać, nie chciałem jeść, nie chciałem nawet zapalić światła. Usiadłem przed komputerem i pomyślałem: no to gram. I wtedy, zupełnie przypadkiem, trafiłem na coś, co sprawiło, że serce podskoczyło mi do gardła. Nie jakaś wielka wygrana, nie milion. Ale na tyle duża, żeby poczuć, że przez moment mam kontrolę. Że to ja decyduję, a nie życie za mnie. Śmiałem się sam do siebie jak wariat, bo to było takie głupie i takie potrzebne jednocześnie.
Od tego czasu vavada bonus pojawiało się w moim życiu częściej. Nie codziennie, nie jako obowiązek. Raczej jak stary znajomy, który nie zadaje pytań. Kiedy dopadała mnie bezsenność, kiedy wracałem myślami do ludzi, którzy już dawno o mnie zapomnieli, kiedy czułem, że zaraz wybuchnę z bezsilności — wchodziłem tam. Czasem przegrywałem, czasem wygrywałem. Ale paradoksalnie to nie wynik był najważniejszy. Ważne było to, że przez godzinę, dwie, trzy, nie byłem sobą. Byłem kimś, kto ma szansę. Kimś, kto może odwrócić kartę.
Pamiętam noc, kiedy wygrałem naprawdę sporo. Nie oszczędności na dom, nie nowe życie. Ale wystarczająco, żeby poczuć, że coś mi się należy. Siedziałem w kuchni o trzeciej nad ranem, jadłem zimną pizzę i śmiałem się do siebie. Nie z wygranej. Z tego, że przez tyle miesięcy uciekałem od rzeczywistości, a ona i tak mnie dogoniła — tyle że tym razem nie bolało tak bardzo. Wtedy zrozumiałem, że to nie gra mnie zmieniła. To ja zmieniłem sposób, w jaki na nią patrzę. vavada bonus było tylko narzędziem. Pretekstem. Wymówką, żeby przetrwać kolejny dzień.
Nie mówię, że to terapia. Nie mówię, że to rozwiązanie. Ale kiedyś myślałem, że uciekam od życia. Teraz myślę, że uciekałem od siebie. A wieczory spędzone przy tych kolorowych symbolach nauczyły mnie jednego: że nawet jeśli przegrywasz, to znaczy, że jeszcze grasz. A jeśli grasz, to znaczy, że jeszcze jesteś w grze. I czasem to wystarczy, żeby rano wstać i zaparzyć kawę.
Dziś nadal czasem tam zaglądam. Nie po to, żeby wygrać. Po to, żeby przypomnieć sobie, że nawet w najgłupszej ucieczce można znaleźć coś, co trzyma cię przy życiu. vavada bonus pojawia się wtedy jak stary żart, który znasz na pamięć, ale i tak się uśmiechasz. Bo czasem nie chodzi o wynik. Chodzi o to, żeby nie zwariować. A ja, odkąd przestałem udawać, że wszystko jest w porządku, zwariowałem trochę mniej.