Pamiętam ten wieczór doskonale, choć minęło już kilka miesięcy. Siedziałem w wynajętym mieszkaniu na obrzeżach miasta, w którym nikogo nie znałem, z kubkiem wystygłej herbaty i telefonem, który świecił mi w twarz jak latarnia morska dla zagubionego statku. Wtedy po raz pierwszy trafiłem na
vavada kasyno — zupełnie przypadkiem, klikając w jakieś ogłoszenie, które wyskoczyło mi między artykułem o bezsenności a filmikiem z kotami. Nie planowałem niczego. Po prostu chciałem, żeby ten wieczór jakoś się skończył, a ja nie musiał myśleć o tym, że jutro znowu trzeba wstać do pracy, w której nikt nawet nie zapyta, jak się czuję.
Powiem wam szczerze — przez ostatnie pół roku uciekałem od rzeczywistości, jak tylko mogłem. Najpierw były seriale, potem gry na telefonie, potem bezmyślne przewijanie internetu do trzeciej w nocy. Czułem się, jakbym żył w jakimś zawieszeniu między tym, co było, a tym, co miało nadejść, i ani jedno, ani drugie nie dawało mi spokoju. Kiedy więc zobaczyłem te kolorowe kafelki i wirujące bębny, coś we mnie drgnęło. Nie chodziło nawet o pieniądze. Chodziło o to uczucie, że przez chwilę jestem gdzieś indziej, że mam coś do zrobienia, coś, co pochłania mnie na tyle, żeby zagłuszyć ten cichy, męczący szum w głowie.
Pierwsze próby były, delikatnie mówiąc, rozczarowujące. Wrzuciłem jakieś dwadzieścia złotych, które zostały mi na koncie, i patrzyłem, jak znikają w tempie, które aż bolało. Klik, klik, klik — i po sprawie. Pomyślałem sobie wtedy: no tak, kolejna głupota, kolejny sposób na to, żeby poczuć się jeszcze gorzej. Zamknąłem stronę, odłożyłem telefon i wpatrywałem się w sufit przez dobre dwadzieścia minut. Ale coś mnie ciągnęło z powrotem. Nie wiem, czy to była ciekawość, czy upór, czy po prostu to samo pragnienie ucieczki, które popychało mnie do wszystkiego innego. Wróciłem następnego dnia.
I wiecie co? Tym razem było inaczej. Nie chodzi mi o to, że od razu wygrałem fortune — broń Boże. Ale coś się zmieniło w moim podejściu. Zamiast wpadać w panikę przy każdej przegranej, zacząłem traktować to jak rodzaj rozrywki, sposób na spędzenie czasu, który nie wymaga ode mnie rozmawiania z ludźmi ani udawania, że wszystko jest w porządku. Zauważyłem, że kiedy siadam do tych gier, mój umysł zajmuje się czymś konkretnym — kombinowaniem, obserwowaniem, czekaniem na ten jeden moment. I choć brzmi to może głupio, to właśnie ta koncentracja była dla mnie swego rodzaju ulgą. Jakby przez te kilkadziesiąt minut mój mózg nie miał czasu na zamartwianie się.
Pamiętam jedną noc szczególnie dobrze. Była sobota, deszcz bębnił o parapet, a ja nie mogłem zasnąć, bo w głowie znowu zaczęły się te myśli — o tym, że jestem sam, że nie mam do kogo zadzwonić, że kolejny tydzień minął, a ja nawet nie pamiętam, co w nim robiłem. Włączyłem laptopa i odpaliłem vavada kasyno po raz drugi tego wieczoru, trochę bez przekonania, trochę z poczuciem, że to już lekka przesada. I wtedy, przy jednej z tych prostych gier, coś zaczęło się układać. Nie mówię o jakimś wielkim jackpocie — ale wygrałem na tyle, że mogłem odetchnąć. Pamiętam, że roześmiałem się na głos, sam w tym pustym pokoju, jak jakiś wariat. To było śmieszne i dziwne zarazem — ta ulga, że jednak coś się udało, że los nie jest do końca przeciwko mnie.
Od tamtej nocy zacząłem podchodzić do tego inaczej. Przestałem traktować grę jak ostatnią deskę ratunku, a zacząłem widzieć w niej po prostu jedno z wielu zajęć, które pomagają mi przetrwać trudne wieczory. Zacząłem nawet odkładać sobie małą sumę na miesiąc, którą mogłem przeznaczyć na tę rozrywkę, i traktowałem to jak budżet na kino czy pizzę. I wiecie, co jest najzabawniejsze? Kiedy przestałem się tak spinać i oczekiwać, że gra naprawi mi życie, to życie jakoś samo zaczęło się prostować. Znalazłem lepszą pracę, zacząłem wychodzić z domu, nawet poznałem kilku ludzi. Ale tamte wieczory z ekranem w ciemnym pokoju wspominam z sentymentem — bo to one dały mi oddech, kiedy naprawdę go potrzebowałem.
Nie twierdzę, że to droga dla każdego. Ale dla mnie była to chwilowa przystań, miejsce, w którym mogłem schować się przed światem na tyle długo, żeby zebrać siły na powrót do niego. Czasem trzeba się gdzieś schować, żeby potem móc wyjść z podniesioną głową. I choć brzmi to może banalnie, to właśnie ta myśl trzyma mnie do dziś — że nawet ucieczka może być początkiem drogi powrotnej, jeśli tylko nie zapomni się, po co się uciekało.