Pamiętam ten wieczór jak dziś, choć minęło już dobre półtora roku. Siedziałem w wynajętym pokoju na obrzeżach Łodzi, z kubkiem zimnej herbaty i telefonem, który co chwilę wibrował od powiadomień z pracy. Nie chciałem ich czytać. Nie chciałem niczego. Miałem trzydzieści cztery lata, rozpadający się związek i poczucie, że wszystko, co robię, jest tylko odsuwaniem w czasie nieuniknionej katastrofy. Wtedy po raz pierwszy na poważnie wszedłem na
vavada – nie z ciekawości, nie dla rozrywki, ale dlatego, że potrzebowałem miejsca, w którym nie muszę być sobą. W którym nie ma rachunków, niedokończonych rozmów i ciszy, która krzyczy głośniej niż jakikolwiek alarm.
Zaczęło się głupio. Przeglądałem forum o grach przeglądarkowych, szukając czegoś, co zajmie mi głowę na dłużej niż pięć minut. Ktoś w komentarzu wspomniał o vavada, że niby szybka rejestracja, że można pograć bez zobowiązań. Pomyślałem: co mi szkodzi? Zarejestrowałem się jednym kliknięciem, wpłaciłem symboliczną stówkę, żeby „sprawdzić, jak to działa”. Nie planowałem zostać. Nie planowałem niczego. Chciałem tylko, żeby ten wieczór się skończył, a ja nie musiał myśleć o tym, co powiem jej, kiedy wróci.
Pierwsze spiny były jak uderzenie w ścianę. Sto złotych zniknęło w kwadrans. Potem kolejne sto. Nie czułem złości – raczej coś w rodzaju ulgi, że mogę skupić się na czymś tak prostym jak obracające się bębny. Ekran świecił, dźwięki były przyjemne, a ja po raz pierwszy od tygodni nie myślałem o tym, że jestem beznadziejny. Vavada stała się moim azylem, choć jeszcze wtedy nie nazywałbym tego w ten sposób. Po prostu odpalałem automat, patrzyłem na wirujące symbole i czekałem, aż coś się wydarzy. Cokolwiek.
Trzeciego dnia, kiedy wróciłem z pracy kompletnie wypruty – szef znowu urządził mi awanturę o raport, którego nie zdążyłem wysłać – usiadłem do komputera z myślą, że dziś musi być inaczej. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, żeby poczuć, że mam jakikolwiek wpływ. Że mogę nacisnąć przycisk i coś się zmieni. I wtedy, zupełnie przypadkiem, trafiłem na turniej w vavada. Nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje. Zwykły gracz, który wpłacił dwieście złotych, mógł zawalczyć o pulę, która wyglądała jak roczna pensja. Pomyślałem: to jakiś żart. Ale spróbowałem. Nie miałem nic do stracenia – poza resztką gotówki, którą i tak bym przepuścił.
Pierwsza runda – odpadłem. Druga – to samo. Ale za trzecim razem coś zaskoczyło. Nie chodzi o to, że nagle zacząłem wygrywać tysiące. Nie. Zacząłem wygrywać małe stawki, po dwadzieścia, pięćdziesiąt złotych. I to było dziwne uczucie. Jakby ktoś poklepał mnie po plecach i powiedział: „Widzisz, jednak potrafisz”. Wiem, brzmi głupio. Dorosły facet, a cieszy się z pięćdziesięciu złotych. Ale dla mnie to nie były pieniądze. To był sygnał, że nie wszystko jest stracone. Że mogę coś wygrać, nawet jeśli w prawdziwym życiu przegrywam na całej linii.
Tamtej nocy nie spałem. Nie dlatego, że grałem do rana – wręcz przeciwnie, zamknąłem laptopa o dwudziestej drugiej. Po prostu leżałem i myślałem. O tym, że vavada nie jest żadnym cudem. Że to tylko narzędzie. Ale po raz pierwszy od miesięcy poczułem coś na kształt nadziei. Nie na wielką wygraną. Na to, że mogę wrócić do domu i nie czuć, że jestem nikim. Że mogę powiedzieć jej: „Słuchaj, może i nie jestem idealny, ale próbuję”. I że to „próbuję” ma jakiś sens.
Kolejne tygodnie były dziwną mieszanką. W ciągu dnia praca, wieczorem vavada. Nie oszukiwałem się – wiedziałem, że uciekam. Ale ta ucieczka miała granice. Ustaliłem sobie limit: sto złotych dziennie, ani grosza więcej. I wiecie co? To działało. Nie dlatego, że byłem silny. Dlatego, że vavada sama w sobie nie była problemem. Problemem było to, co zostawiłem za sobą, kiedy zamykałem przeglądarkę. A ja zacząłem to powoli naprawiać. Najpierw rozmowa z nią. Potem wizyta u psychologa. Potem decyzja, że nie muszę być idealny, żeby być wystarczający.
Pamiętam dzień, w którym wygrałem coś większego. Nie milion, nie sto tysięcy. Pięć tysięcy złotych. Trafiłem w turnieju, w którym brało udział kilkuset graczy. Kiedy zobaczyłem ten komunikat na ekranie, najpierw pomyślałem, że to błąd. Potem, że mnie oszukują. A potem po prostu się roześmiałem. Głośno, sam w pustym pokoju. Bo to nie było o pieniądzach. To było o tym, że los czasem daje ci coś, czego nie planowałeś. I że vavada, którą traktowałem jak tymczasową kryjówkę, stała się miejscem, w którym odzyskałem kontrolę. Nie nad bębnami. Nad sobą.
Dziś nie gram już codziennie. Czasem zajrzę, żeby sprawdzić, co słychać. Czasem wpłacę dwadzieścia złotych dla zabawy. Ale nie uciekam. Mam swoje życie, swoje problemy i swoją terapię. Vavada była dla mnie czymś w rodzaju koła ratunkowego, które – jak się okazało – nie tonęło. Po prostu dryfowało obok, a ja mogłem się go chwycić na chwilę, żeby złapać oddech. I to mi wystarczyło. Nie potrzebowałem cudu. Potrzebowałem czasu. A vavada, choć brzmi to dziwnie, dała mi go więcej, niż się spodziewałem.
Czasem myślę, że każdy potrzebuje swojego własnego vavada. Nie dosłownie. Chodzi o miejsce, w którym można na chwilę zniknąć, żeby potem wrócić silniejszym. Ja znalazłem je w turnieju, w którym nie miałem szans. I wygrałem. Nie dlatego, że byłem lepszy. Dlatego, że przestałem uciekać. A kiedy przestałem, okazało się, że nie było przed czym.